Artykuły
Kategorie
Tereny
Nowości
- Lot nad kukułczym gniazdem
- Skały Podlesickie
- Enduro, wersja deluxe
- 9° Celsjusza
- Jurajska masakra
- Bagna i mgły
- Tenczynek i dalej
- Ognisko integracyjne
- Wycieczki pieszo rowerowe
- Potrójne dostrajanie
Linki
- all-mountain.pl
- bikeboard.pl
- bikertrzebinia.pl
- emtb.pl
- enduroriderz.pl
- ghetto-freeriders.blog.pl
- onthebike.com
- rower.com
- southbike.pl
Archiwa
- lipiec 2008
- czerwiec 2008
- maj 2008
- kwiecień 2008
- marzec 2008
- luty 2008
- grudzień 2007
- listopad 2007
- październik 2007
- wrzesień 2007
- sierpień 2007
- lipiec 2007
- czerwiec 2007
- maj 2007
- kwiecień 2007
- marzec 2007
- luty 2007
Wyszukaj
Kontakt
Panoramicznie
Gdzieś to wyczytałem - w rowerach najpiękniejsze jest to, że poszerzają nasz świat. Dlatego warto wozić ze sobą aparat i łapać ten świat na kliszę czy kartę pamięci. Szeroko.
1. Zalew “Łęg” niedaleko Elektrowni Jaworzno III
2. Kopalnia piasku - Jaworzno Jeziorki.
3. Góra Żelatowa widziana z okolic Zagórza.
Więcej panoram w artykule “Panoramicznie”. Zapraszam do oglądania.
Kategorie: Fotografia
Skomentuj (3)
19 luty 2008, 00:15
Deuter Race X Air
Przed koniecznością zakupu plecaka stanąłem latem tego roku - mając w planach wypad na 9 dni do Szczyrku i plecak Authora o pojemności 9l - większy plecak był po prostu koniecznością. Zacząłem przeglądać internet, czytać rozmaite opinie, chodzić po sklepach. Korzystając z porad zawartych na stronie Rowerowe Wrota (btw. materiały na tej stronie można już chyba nazwać klasyką polskiego enduro) przyjąłem że muszę zmieścić się w pojemności około 14l. Przy okazji przeczytałem tam pozytywną opinię na temat plecaka Deutera i zacząłem mu się przyglądać uważniej. Okazało się, że plecak jest polecany przez praktycznie każdego kto choć raz w życiu był na większej wycieczce w góry - no, może ciut przesadzam ;) Poniżej znajduje się recenzja jaką pisałem swojego czasu na stronach Niezależnej Grupy Testingowej. Niniejszy tekst pojawi się także na dobrze rokującej stronie poświęconej w całości tematyce enduro - emtb.pl
Dane producenta
Wyposażenie:
- możliwość wyposażenia plecaka w bukłak max 3,0L
- pas piersiowy i biodrowy
- dwie kieszenie boczne z siatki
- kieszeń zewnętrzna zapinana na suwak
- kieszeń wew. na mokrą odzież
- odblaskowe logo Deuter (przód/tył)
- uchwyt do zaczepienia lampki – Saftey Blink
- pokrowiec przeciwdeszczowy w kolorze żółtym
System nośny: Deuter Aircomfort
Waga: 700 g
Pojemność: 14 L
Wymiary:
Wysokość: 45 cm
Szerokość: 24 cm
Głębokość: 13 cm
Przeznaczenie: Rower, Turystyka, Narciarstwo zjazdowe i biegowe, Nordic Walking
Z pudełka:
Pudełka nie było, była duża reklamówka. Plecak robi bardzo dobre wrażenie, kolory ma nieco inne niż na zdjęciu w katalogu - prezentuje się o wiele lepiej. Materiał jest miły w dotyku, lekko błyszczący, po rozpięciu plecaka widać, że od spodu jakby gumowany. Zamki wyglądają na naprawdę mocne, a suwaki można ze sobą spiąć. Plecak ma trzy kieszenie zapinane na zamek i dwie boczne z siatki. W jednej z kieszeni (od spodu) znajduje się się pokrowiec przeciwdeszczowy, który można wypiąć - wejdą tam wtedy dwie dętki (lepiej jednak go nie wypinać - o tym dalej) Komora główna jest dość pojemna, w środku jest wydzielona wodoodpornym materiałem osobna kieszeń na bukłak. W kieszeni zewnętrznej która jest dość dziwnie zapinana znajduje się haczyk na np. klucze.
Na plecach:
Pierwsze wrażenie jest nieco dziwne. Plecak siedzi bardzo stabilnie, ale przy moich 179 cm wzrostu pas biodrowy podchodzi dość wysoko. Można się do tego przyzwyczaić, ale osobom wyższym radziłbym dobrze mierzyć, najlepiej wypchany plecak. Dziwne wrażenie potęguje system nośny, który składa się tylko z 3 małych poduszek i siatki między nimi. Plecak jest bardzo sztywny (w końcu na stelażu) i nie da się go nosić na jednym ramieniu (w moim odczuciu - zbyt odstaje i buja się na boki)
Pojemność:
Nominalna - 14 litrów, wystarczająco dużo. Wg strony dystrybutora: Idealny plecak na krótkie, szybkie wypady z niewielkim bagażem. Ja zmieściłem się w nim jadąc na 9 dni rowerowania z bazą w Szczyrku. Spora w tym zasługa pokrowca przeciwdeszczowego - zapinam pokrowiec i pod niego ładuję różne rzeczy, niczym ich nie trzeba przypinać. W ekstremalnym przypadku pod samym pokrowcem jechały: sandały, bluza rowerowa, wiatrówka rowerowa, 4 bułki i sok pomarańczowy w litrowym kartonie (sok niepełny, takiej masy mogło by coś nie wytrzymać).
Eksploatacja:
Plecak napakowany na full w dalszym ciągu jest bardzo stabilny. Szelki są szerokie, nic się nie wrzyna. Oczywiście po 50 km z wypchanym do granic możliwości plecakiem na ramionach zostają ślady, jednak na następny dzień można spokojnie założyć plecak bez bólu. System Air Comfort jest ciut przereklamowany, plecy w dalszym ciągu przy wyższych temperaturach robią się mokre, ale plus jest taki że koszulka się do nich nie przykleja. Uważam ze siatka na plecach mogła by mieć większe otwory - np. takie jak ta na szelkach. Boczną kieszeń rozdarłem myśląc, że zmieszczę się pod zwalonym drzewem, niestety zaczepiłem plecakiem. W sumie chyba każdy by się rozdarł. W siateczce pojawiła się mała dziura, która nie ma tendencji do powiększania się i myślę, że bardzo łatwo będzie ją można obszyć aby nie nabrała takich tendencji. Dzięki śliskiemu materiałowi plecak nie łapie brudu. Niestety, nie można tego powiedzieć o pokrowcu przeciwdeszczowym. Solidna gleba podczas ostatniej wycieczki w górach także nie wywarła na plecaku większego wrażenia - w miejscu gdzie przejechałem plecakiem po kamieniach pojawiło się tylko delikatne zmatowienie materiału.
Podsumowanie:
Bardzo dobry plecak o dość szerokim spektrum zastosowań, jednak z wyraźnym akcentem na rower. Podczas chodzenia jest wygodny, ale jednak podczas jazdy (szczególnie gdy nie jest bardzo zapchany) po prostu go nie czuć. Polecam każdemu kto znajdzie go w sklepie i będzie mieć przy sobie te “jedyne” 199 zł.
Zapraszam również do galerii zdjęć prezentującej plecak.
Kategorie: Akcesoria
Skomentuj (0)
04 grudzień 2007, 11:50
Ostatnie 50 metrów Beskid Śląski
Dziś zaległy już wpis o wycieczce z połowy października (dokładnie - z 14.10). Planowałem odświeżyć starą trasę, którą ostatnio pokonywałem z kumplami w rejonach roku 2003. Wycieczka miała prowadzić czerwonym szlakiem z Bielska-Białej na Szyndzielnię, potem w okolicach Klimczoka, przez Przełęcz Karkoszczonkę, Hyrcę, aż na Przełęcz Salmopolską. Stamtąd z ominięciem lub nie Malinowa miałem udać się na Zielony Kopiec i puścić się szalonym zjazdem do Wisły przez Cieńkowy (żółty szlak). Wyszło jak wyszło, ale zacznę od początku. Przede wszystkim w połowie października przed szóstą rano to zimno już jest ;) I ciemno do tego. W pociągu ze Szczakowej do Katowic napotykam na konduktora służbistę, który nie omieszkał ochrzanić mnie, że zamiast go szukać czekałem aż sam przyjdzie (o tej porze kasa na stacji jest jeszcze nieczynna), za to nie dosłyszał, że chcę bilet do B-B Leszczyn, i wypisał do samego B-B - trudno już podjechałem ten kawałek. Podjazd na Szyndzielnię nie jest wcale taki najgorszy - ot godzinka kręcenia z małego blatu. W sumie zastanawiałem sie nad kolejką, bo wcale mi się nie chciało tyle pedałować, ale zrezygnowałem. Jak się okazało dobrze zrobiłem bo kolejka nawaliła. Na górze zjadłem bułkę, popiłem herbatą i przeciskając się między turystami ruszyłem dalej. Szlaki w okolicy Szyndzielni są strasznie kamieniste, ale z tego co pamiętałem, dalej miało być już tylko lepiej. Pierwsze rozczarowanie przyszło pod Klimczokiem. Szlak, który dawniej trzeba było sobie samemu wyznaczyć kierując się kreseczkami na drzewach (nawet najmniejszej ścieżki nie było) został kompletnie zniszczony ciężkim sprzętem, bo jakiemuś pajacowi przyszło do głowy, że należało by tam wyciąć drogę. Dalej miał być świetny trawers gładką ścieżką z małymi progami - a było zaorane coś, zaśmiecone dodatkowo resztkami ścinanych drzew. Dodatkowo mniej więcej w połowie, w poprzek szlaku była wycięta droga - w półmetrowym wąwozie. Przedarłem się w końcu przez tą ruinę i dotarłem do zjazdu na Karkoszczonkę. Zjazd sam w sobie jest bardzo nieprzyjemny, luźna ziemia i luźne wielkie kamienie (ale nie głazy, tak wielkość ni w 5 ni w 9) - kiedyś spokojnie można było jechać bokiem, między drzewami. Teraz warunki atmosferyczne były nieco inne i wszystko tam było niesamowicie wilgotne, jechałem więc po ściance wąwozu w którym szła droga. Szlak opadał raz stromiej, raz łagodnej, i na jednym z tych bardziej stromych momentów, jakieś 50 metrów przed przełęczą stało się coś w wyniku czego w tempie natychmiastowym opuściłem rower, by znaleźć się w powietrzu obok niego a już na ziemi pod nim. Na szczęście skończyło się na ogólnych potłuczeniach (choć łokieć i kostkę czuję do dziś) i solidnym potrzaskaniu kasku. Po jakichś 30 - 40 minutach kontemplowania co robić dalej i łatania dętki postanawiam zjechać do domu. Kasy na nowy kask nie mam, bo kupiłem kompa, więc sezon chyba mam już zakończony…
Trasa: Bielsko Biała - Szyndzielnia - Siodło pod Klimczokiem - Przełęcz Karkoszczonka - Brenna - Skoczów (~43 km + dojazdy 12 km)
Kategorie: Wycieczki rowerowe
Skomentuj (2)
01 listopad 2007, 17:56
Hala Radziechowska

Najwyraźniej na świecie nie tylko ja ulegam urokowi tego miejsca. W ostatnim wpisie przytaczałem fotkę Bodźka, a dziś (w zasadzie wczoraj) dostałem maila od niejakiego Grubego z Będzina, który również zachwyca się Halą Radziechowską: “super miejsce i super zjazd singletrack’iem i zero ludzi”. Co więcej, przysłał mi piękną fotkę (ta wyżej) z pozwoleniem zamieszczenia na stronie - co niniejszym czynię. Fotkę zmniejszyłem, aby się tutaj zmieściła, ale pod tym linkiem znajduje się wersja, którą przysłał mi autor - do pobrania. Takie widoki z pewnością przydadzą się na nadchodzące długie jesienno zimowe wieczory… Macie jakieś ładne zdjęcia z gór? Wysyłajcie, a nuż znajdzie się tutaj na nie miejsce ;)
Kategorie: Blog, Fotografia
Skomentuj (7)
06 październik 2007, 01:15
Święto Pieczonego Ziemniaka* Beskid Śląski
Kiedyś w głowie zaświtała mi myśl, którą szybko przelałem markerem na laminowaną mapę. Idealna trasa w Beskidzie Śląskim. Długa, wymagająca, naładowana zjazdami i technicznymi odcinkami (technicznymi zjazdami również ;) ) Trasa zawiera najpiękniejsze odcinki jakie znam w tych górach, połączone w jedną całość. Projektowanie było proste, gorzej z wykonaniem - trasa musi być przejezdna w jeden dzień, tak aby dało się załapać na transport do domu. Sobotnia wycieczka była swojego rodzaju sprawdzeniem okolic Baraniej Góry - jakoś do tej pory udawało mi się omijać to potężne wzniesienie. Aby nie było nudno wycieczka obejmować miała połowę idealnej trasy - fragment od Wisły do Węgierskiej Górki. Wyszło jak wyszło. Zaczęliśmy w Wiśle Kopydło, malutki przystanek, ale za to w bezpośrednim sąsiedztwie interesujących nas szlaków. Z pomocą asfaltu i równiutkich szutrówek (w większości) docieramy na Stożek - gdzie panuje istne piekło, Sajgon, Sodoma i Gomora i inne katastrofy. Tłumy wrzeszczących turystów ze średnią wieku poniżej 16 lat wsuwają kiełbaski na gorąco i za nic mają piękno otaczającej przyrody. Nasz plan zakłada przejazd czerwonym szlakiem na Kubalonkę - jest to moim zdaniem najciekawszy odcinek do kwalifikowanej turystyki górskiej w całym Beskidzie Śląskim. Niestety nie dzisiaj. Cały szlak jest zapchany kolorowymi ludkami wołającymi “Dobrze panu idzie”, “Dajesz dajesz”, “Ciężko się tu jeździ na rowerze?” czy “A daleko jeszcze na Stożek?”. Na szczęście dość szybko zostawiamy turystów za sobą, na pocieszenie zostaje nam techniczny podjazd po korzeniach i walka z olbrzymimi kałużami. Fragment między Kubalonką a Przysłopem jest dość nudny, najprawdopodobniej zastąpię go czymś innym - jakaś propozycja była w bikeBoardzie z bodajże 2000 roku. Za to za Przysłopem zaczyna się masakryczne podejście na Baranią Górę. Jechać tamtędy się nie da, trzeba pchać rower przez 45 minut. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że ten kawałek będzie bardzo dobry w przeciwną stronę. Na szczęście widoki ze szczytu Baraniej rekompensują wszystkie niedogodności, dodatkowo, czeka tam nie byle jaki zjazd czerwonym szlakiem. Zjazd jest z gatunku technicznych, jest raczej dość trudny - bez bicia przyznam, że w kilku miejscach odpuściłem. Niestety, na Hali Baraniej zgubiliśmy szlak i zamiast na Magurkę Wiślańską i Radziechowską, po kilkunastu km zjazdu dotarliśmy do Milówki… Trochę żałuję, a że jest czego udowodnił mi Bodziek tym zdjęciem - moim zdaniem jedna z lepiej oddających magię turystyki górskiej fotek. Odnośnik do jego stronki jest na dole w menu.
Trasa: Wisła Kopydło - Stożek Wielki - Kiczory - Przełęcz Kubalonka - Przełęcz Przysłop - Barania Góra - Hala Barania - Milówka (~48 km + dojazdy ~30km)
* Święto Pieczonego Ziemniaka, jest to impreza z rozmaitymi konkursami, oraz co najważniejsze wspólnym jedzeniem pieczonych na ognisku ziemniaków, organizowana z reguły dla dzieci w wieku przedszkolnym.
Kategorie: Wycieczki rowerowe
Skomentuj (1)
03 październik 2007, 00:46